Rękawiczki żakardowe z wełny – o błędach, poprawkach i małych zwycięstwach

Rękawiczki to małe dzieła sztuki. Niby niewielkie, a potrafią nauczyć cierpliwości, pokory i całkiem sporo o samej włóczce. Moje pierwsze żakardowe rękawiczki były lekko… nierówne. I dobrze, bo każda z nich opowiedziała mi inną historię.

Pierwsze podejście – czyli połączenie, które nie chciało współpracować

Zaczęło się ambitnie. Postanowiłam połączyć dwie różne włóczki: białą Peer Gynt i niebieską Finull od Raumy. Teoretycznie obie są wełniane, praktycznie – mają różną grubość. Finull jest delikatniejsza, cieńsza, a Peer Gynt trochę solidniejsza, przez co pierwsza rękawiczka wyglądała, jakby przeszła próbę w praniu nie swoim rozmiarem.

Wniosek? W żakardzie równowaga to świętość. Włóczki powinny być podobnej grubości, żeby wzór nie uciekał i żeby całość układała się naturalnie.

Drugie podejście – Finull do kwadratu

W drugiej rękawiczce postawiłam na dwie nitki Finulla, w zbliżonych odcieniach. Wzór zyskał lekkość, a dzianina elastyczność i gładkość. Kolory subtelnie się przenikały – efekt nie był krzykliwy, raczej „norweski z duszą".

Przy okazji odkryłam, jak bardzo technika i narzędzia potrafią zmienić komfort pracy.

Druty, które nie przetrwały spotkania z rzeczywistością

Druty bambusowe, moje wierne towarzyszki, przegrały z energią domowego życia – a dokładnie z synem, który usiadł na nich podczas zabawy.

Z braku alternatywy sięgnęłam po cienkie pończosznicze, czyli tzw. „patyczki do szaszłyków" – i to był strzał w dziesiątkę! Rękawiczki wyszły równiej, praca szła szybciej, a ja odkryłam, że ta technika wciąga. Magic Loop ustąpił miejsca klasyce – i, przyznam, z ogromną przyjemnością.

Wzory, gwiazdki i odwaga w pruciu

Na żakardowych rękawiczkach postanowiłam zaszaleć z wzorem – miała być gwiazdka. Wyszła… mniej gwiazdkowo, ale za to z charakterem.

Pierwszą rękawiczkę sprułam bez żalu i wykonałam od nowa. Czasem właśnie to „od nowa" jest najważniejsze w całym dzierganiu. Bo każda poprawka to krok w stronę lepszego efektu – i wcale nie musi boleć.

Team Glovember – rękawiczkowy sezon startuje

Jesień sprzyja takim projektom. Kiedy dni robią się krótsze, a herbata znika w kubku szybciej niż oczka z drutu, rękawiczki mają w sobie coś kojącego.

Dzierganie ich to trochę medytacja – rytmiczne powtarzanie wzoru, miękkość wełny między palcami, i ta radość, gdy para jest już gotowa (albo prawie, bo jedna się spruła).

Co zostaje?

Rękawiczki żakardowe uczą równowagi – między kolorem a fakturą, między cierpliwością a spontanicznością.

I choć nie wszystkie przetrwały próbę życia, każda z nich zostawiła po sobie ślad – w postaci wiedzy, doświadczenia i ciepła. Dosłownie.

🧶 Włóczki, o których wspominam:

  • Peer Gynt i Finull od Rauma Garn – klasyka nordycka, naturalna wełna z charakterem
  • Druty pończosznicze 3,5 mm – czyli bambusowe „patyczki do szaszłyków", które wcale nie są takie złe

I oczywiście nieśmiertelna motywacja: Glovember is coming! 🧤